piątek, 8 listopada 2013

Tak wygląda nasz plan dnia (na Kho Lanta)

Od kilku dni cieszymy się błogością, wolnością, ciepełkiem, wodą na wyspie Kho Lanta. Mecce szwedzkich rodzin, które (na nasze szczęście) dopiero co zjeżdżają się na wyspę. Choć jeszcze kilka dni temu poza nami mało kogo można było spotkać na plaży.

Tak czy siak, z tłumem rodzin szwedzkich czy bez, nasz plan dnia wygląda właściwie podobnie od kilku dni. Rozkład jazdy jest dość prosty:

1) Pobudka, prysznic i śniadanie
Choć ja z Pat moglibyśmy leżeć w wyrku do późna, Kanciaki już dobrze zadbają o to, by nas z nich wyrwać najpóźniej o 9.00. Będę tu szczery i przyznam, że chciałbym tak potrafić... W końcu zazwyczaj wracamy do pokojów grubo po północy! Regeneracja Kanciaków powinna być tematem przewodnim jednego z odcinków "Nadludzie" na Discovery Channel.

Prysznice co prawda działają, ale niestety nie można mowić o jakimś luksusie. Żeby się jako-tako wymyć czy choćby opłukać chwila zejdzie. Ciśnienie wody niestety odstaje mocno od tego jakie z kolei zafundowali w wężu, którym należy płukać dupsko po chwili wyciszenia na sedesie. I tu płynnie przejdę do śniadania ;)

Śniadanie nie powala na nogi. Rzekłbym, zaczyna się nudzić. Trochę jajecznicy (wygląda bardziej jak granulat jajeczny), dwa toasty, masełko, dżem, soczek i kawa. W wersji de luxe można dostać zamiast jajecznicy sadzone i dodatkowy bekon. Na szczęście człowiek i tak ledwo to je, bo jeszcze po uprzednim wieczorze napchany jest pierożkami, noodle, krewetkami czy czymś tam jeszcze (czasem wszystkim na raz, a co!). A co niektórzy (choćby jak ja wczoraj) czują złowrogie bulgoty dochodzące z krainy jelit.

2) Zajęcia dnia

- plażing:
Ponieważ do plaży mamy zaledwie 50 metrów, a sama plaża - poza krystaliczną wodą, białym piaskiem po którym podczas odpływu uganiają się malutkie słodkie krabiki (ups..., znowu jednego zdeptałem), poza leżaczkami i parasolami - oferuje rownież drinki, koktajle i shake'i (czy forma szejki jest dopuszczalna?). No więc, gdy tylko najdzie nas chwila nadmiernej błogości (czyt. zmęczenia) opcja ta jest czasem wybierana.
Tu muszę nadmienić, że Asia z Marcinem nie potrafią wysiedzieć dłużej w jednym miejscu i taka plaża jest dla nich pewnym wyzwaniem. Tym samym dostają plus trzy punkty do szacunku.


Słońce praży prawie cały czas, więc nawet ja i Pat nie jesteśmy w stanie długo się wylegiwać. No chyba, że przeplatamy leżakowanie pływaniem w ciepłych wodach oceanu (a jest naprawdę ciepły! Nie skłamię, gdy powiem że przygotowując kąpiele Mii ustawiam taką temperaturę w wannie).





- jazda na słoniach:
Wbrew prośbom Asi grupa demokratycznie postanowiła wybrać się na słonie (wraz z rzeczoną Asią). Miało być dżunglowo i dziko... a było raczej przechadzkowo-turystycznie. No ale jazdę na słoniach mamy odfajkowaną. Baliśmy się, że podczas jazdy 'słonio-kierowcy' będą co chwila karcić te wielkie zwierzęta harpunem w czoło. Słyszeliśmy już o tym wcześniej, więc nawet się trochę na to nastawialiśmy. (Sam chciałem słonia między oczy pacnąć, by pokazać Pat jakim dzielnym mężczyzna potrafię czasem być, ale nic z tego). Fakt, że słonio-kierowcy dzierżyli w rękach wspomniane przedmioty, ale użytku z nich nie robili.

Słonie czując nasze bratnie słowiańskie dusze nie sprawiały kłopotów i szły wcześniej ustalonymi ścieżkami. A składają się na to zarówno przejście przez lasy kauczukowe, jak i gęstsze chaszcze (kto trąba ten klaszcze!), przez które nie przeszlibyśmy bez słoni. Była i przeprawa przez rzeczkę oraz bagienko - nawet raz jeden ze słoni parsknął błotem, dzięki czemu Pat zawdzięcza ciekawe błotne plamki na spodniach i bluzce.



- nurkowanie:
W piątek obudziliśmy się już po szóstej rano, by już po ósmej wgramolić się na pokład motorówki, która przypłynęła po nas na plażę. Po zebraniu całej międzynarodowej ekipy z kilku plaż Charlie (nasz tajski przewodnik) opowiedział plan snurkowania. Najpierw spot na otwartej acz niezbyt głębokiej wodzie, gdzie można było łatwo zawadzić stopą o ostre krawędzie raf (patrz: rany stóp u dziewczyn).




Drugi przystanek - już na głębokiej wodzie, jednak z nieco mniejszą ilością flory i fauny niż poprzednio.


Przystanek trzeci to odpoczynek na cudownej plaży (wyspa Kho Rok), z piaskiem z muszel, krystaliczną lazurową wodą i... półtorametrowymi jaszczurami, które potrafiły podejść dostatecznie blisko by klapnąć ciebie swoim długim okonem. A wszystko przez fakt, iż przyzwyczajone są do turystów i rzucanych przez nich kości (resztek kurczaka; wsuwają je jak polskie psy ;).
A kto się nie boi jaszczurów zawsze może uciekać przed mnóstwem krabów, które swoim ruchem tworzą żywy dywan.
No i snurkling z brzegu, ale równie ciekawy.







Ostatni przystanek był chyba najciekawszy. Moment, kiedy oddaliłem się od chmary pozostałych snurkujących turystów amatorów a rekin zaczął przede mną uciekać, pozostanie do końca życia w mej pamięci. A tak serio to urzekła mnie ławica małych srebrnych rybek, które otoczyły mnie i tańczyły nade mną, pode mną i dookoła. Zupełnie jakbyśmy pozowali do zdjęcia na okładkę National Geographic.



- zwiedzanie lasów mangrowych:
To była ciekawa wyprawa. Ale nie dlatego, że widzieliśmy lasy mangrowe, które wyrastają z wody. Nie przez dziwną malutką wysepkę o podłożu wulkanicznym (z braku drzew pozbawiona grama cienia - nic tylko wyschnąć na wiór). A raczej przez styl, jaki prezentowali sternicy - rodem z Czasu Apokalipsy i Mad Max.





- karmienie małpek:
I nie chodzi o nasze dzieci (te zostały w Polsce ;)). Szalone małpki przyzwyczajone już do turystów. Skaczące po drzewach mangrowych, za chwilę po naszych łódkach. Niby to zabawne, niby urocze... ale trzeba uważać, bo te stworzenia jak żadne inne w okolicy roznoszą wściekliznę.




3) Powrót do bazy (chwila dla siebie, prysznic, spanie-odpoczywanie)




4) Tajskie żarełko
O tym już było we wcześniejszym wpisie (dodam tylko kilka nowych fotek z okolicznego targu i jadłodajni).




5) Masaż blisko plaży
Sto metrów od nas. Idziemy ławą jak prawdziwi kibole (ja p.....ę), a kto pierwszy ten wygrywa łóżeczko z dziurką na twarz (takie są tylko trzy, a nas czwórka :).
Impreza trwa jedną godzinę, ale panie zazwyczaj przekraczają ten czas. A koszt to raptem 30-50 PLN w zależności od rodzaju masażu (twarzy, stóp, tajski, z aloesem i kokosem, etc.).

Mam tego (nie?)farta, że upodobała sobie mnie pewna starsza szefowa masażystka. Chyba moje drobne acz muskularne i jędrne ciało ją wabi. Sęk w tym, że jej zręczne palce są równie umięśnione jak biceps Pudziana (zresztą od pierwszej wizyty taką ma u mnie ksywę). O ile inni mówią, że masaż był delikatny, ja wracam przetrącony i ból trzyma przez kilka godzin. Ale tłumaczę to sobie moją historią z Chin, gdzie po masażu miałem problem z usiedzeniem w samolocie do Europy, ale za to po kilku dniach zapomniałem o bólu pleców na kilka miesięcy.

Pożyjemy, zobaczymy... tymczasem jestem rozciągnięty jak Blanik przed olimpiadą (serio, wczoraj pokazując swoje top skille pocałowałem się w kolano na prostych nogach - masz to w Polsce?).


6) Wieczorny wypad do Rasta Baru
Na koniec dnia zazwyczaj przypada wyjście do Reggae Baru. Muzyka na żywo (co ciekawe, nie ma nic wspólnego z reggae, a raczej z lokalnym tajskim poprock'iem).
Marcin wszedł w taki kontakt z barmanem Justinem (Anglik z Leicester, UK), właścicielem oraz sztukmistrzem Po, że niektóre pozycje z listy menu mamy za free.


Od siebie dodałem krótką lekcję jamowania (aż zerwałem strunę) i Hey Joe, o który prosili lokalsi rozebrzmiał na całej wyspie.


Dużo by opowiadać o tym barze, ale jak to mówią "What happened in Vegas, stays in Vegas". I nic z nas nie wydusicie, hehe...
(Marcin K. mówi, że już nie ma kolegów ;)


7) Posiłek w drodze do bungalow
Po północy głodny Polak to zły Polak. A wiec szukamy nowych niezdobytych przyczółków z żywnością. I znowu: pierożki, zupki, pierdółki...


Choć ostatnio Po z Baru Reggae zamawia dla nas jakieś lokalne specjały. A zupa, która jest podstawą każdego zamówienia urwała tyłek Asi i Marcinowi. A przyznaję jest naprawdę smaczna. Znaleźć w niej można co prawda nie jedno, ale każdego pożeracza mięsiwa powinna zadowolić z nawiązką.


I tak turlamy się do swoich legowisk. Bo rano trzeba wstać i zacznąć nierówną walkę z Tajlandią na nowo ;-)


czwartek, 7 listopada 2013

Co się je? Co się pije? Co się po tym dzieje...

Nie będę się rozwodził jakoś straszliwie na temat tajskiej kuchni, bo na pewnio nie jestem specem od kulinarnych wędrówek i dygresji, ale spróbuje co nieco opisać. W końcu kuchnia w tym kraju jest czymś, co każdy wspomina z rozrzewnieniem.


Pozwolę sobie streścić to, co mi podpowiadają dziewczyny:
- feria smaków (od słodkiego, przez słony, kwaśny, ostry,...),
- w wersji smażonej, surowej, z glutenem i bez,
- (tu, gdzie jesteśmy obecnie) nawet szwedzka kuchnia (klopsiki jak z Ikei, etc),
- skorpiony, owady, inne zwierzątka (Uwaga, psów jeszcze nie widzieliśmy! To raczej tylko w Chinach.),
- ananasy pierwszej klasy, arbuzy pierwszej klasy, mango pierwszej klasy,
- owoce morza wszelkiej maści (suuuuper krewetki na sto sposobów; kraby, które biegają w samopas po naszej plaży; barakudy, itp, itd),
- Padthai, czyli noodle zmnieszane z wybranym mięskiem (kurczak, wołowina, wieprzowina, krewetki), pomieszanie z jajkiem, z dodatkami do wyboru,
- zupa Tom Yam, która robi dziurę w gardle...
- ... <tu dodaj jeszcze z milion potraw>



Jedno jest naprawdę ważne - należy prosić o "not spicy", chyba że lubisz jak piecze na wejściu i na wyjściu... Ponadto to, co dla Tajów jest ostre dla nas jest zabójczo ostre. I potrafi zaprowadzić do szpitala. Nawet gdy nam mówią, że coś jest nie-ostre to bywa, że w gardłach nam pali.



O ile przez pierwsze dwa dni cieszyliśmy się jak dzieci z tego, że nasze żołądki są jak z gąbki (brawo za rym!) i wchłaniają wszystko bez protestu, to jakoś ostatnio przechwalamy się między sobą kto dłużej wytrzymał bez spaceru do toalety. Na szczęście po tym jak nam dziś naprawili kibelki i nie musimy już ich przepychać niczym hydraulik, wszystko jest łatwiejsze ;-)


Ostatnio pozwoliłem sobie wysnuć teorię, że nasze przygody wynikają z faktu, iż często smażone potrawy popijamy shake'ami. Jutro spróbuję nie popijać ;-)


Z całym szacunkiem dla smaków nie mogę pominąć trzech istotnych faktów, gdy mowa o posiłkach:

Cena:
Są one (zazwyczaj) baaardzo tanie. Na wyspach można kupić pełen posiłek iuż od 60 bth (podziel cenę przez nieco więcej niż 10 a wyjdzi tobie ile to w PLN - w tym przypadku 6 PLN). I są to naprawdę smaczne rzeczy, często krewetki lub inne owoce morza. W lokalach dla obcokrajowców (oraz w Bangkoku), np przy hotelach cena wzrasta 2-3 krotnie. Ale nadal mówimy o tym samym posiłku :))
Był dotychczas jeden wyjątek. W Phuket miejscowy taksówkarz zabrał nas do miejsca, "gdzie jadają Tajowie". Fakt, że byliśmy jedynymi nie-Tajami, ale szybko też zorientowaliśmy się, że nasze karty dań są innego koloru (i ceny). Jest to dość popularny proceder a wręcz prykaz władz, który nakazuje stosować sprzedawcom niższe ceny dla rodaków. I tym sposobem za naprawdę wyśmienity cztery posiłki oraz wielgachne chrupiące krewetki zapłaciliśmy około 260 PLN. Ale trzeba przyznać, że wszystkie dania były obłędne i rozpływały się w ustach. Co dodawało kolorytu temu miejscu to możliwość wyboru swojego posiłku z rozwesolonej gromadki zwierzątek pływających sobie w przepastnych basenikach, nieświadomie patrzących spod lustra wody na swoich drapieżników.
Co ciekawe wśród szerokiego wachlarza żyjątek można było również wybrać skrzypłocza, jeden z najstarszych gatunków na świecie (ponad 450 milionów lat).


Świeżość:
Tajowie korzystają z dobrodziejstwa mórz i oceanów, ale i licznych hodowli i upraw. Ich posiłki nie dość, że super przygotowane to do tego są naprawdę świeże. Krótko mówiąc miód w uszach (miało być 'w ustach').

Dostępność:
Gdziekolwiek byliśmy jedzenie serwowane było na każdym kroku. Co 10-20 metrów, a czasem nawet obok siebie usytuowane są ichniejsze jadłodajnie. A jeśli ci mało, zawsze możesz skorzystać z objazdowej kuchni (zwykłe garkuchnie na kółkach) i na szybko posilić się małym szaszłyczkiem, parzonymi pyzami (tak je nazwaliśmy), pierożkami, Padthai, czy innymi makaronami lub ryżem. Są też wózeczki ze słodkościami. Nie wiem jak się nazywają te rarytasy, ale smakują jak zwinięte andruty, w których ukryto krem z mleczka kokosowego i kawałki owoców (np. papaja).


Wybór trunków jest równie duży. Począwszy od świeżo wyciskanych soków (mango, pomarańcza, arbuz, etc.), poprzez shake'i, aż do koktajlów. Z tymi ostatnimi jest śmiesznie, bo zależy gdzie trafisz. Czasem masz coś co tylko z nazwy przypomina drinka a w smaku jest wodą, po takie miejsca, gdzie drinki to prawie czysty rum lub wódka.


Z piw wybór jest niewielki. Wszędobylskie Chang, Singha i Leo. Akurat w tym przypadku nie ma większego sensu, gdy u nas w kraju taki wybór piw ;)


No i należy dodać, że żadne drinki czy piwa nie miałyby swojej mocy, gdyby nie fakt że są sączone na plaży ;-)



Oczywiscie z częstymi przerwami na wodę, bo w tych temperaturach jest to wiekce wskazane.


A dla tych, którzy ponad wszystko cenią sobie pizzę, burgery, panierowane kurczaczki, kawkę ze Starbusia, od razu śpieszę z informacją, że tu też można natknąć się  a McDonalds, KFC, Burger King czy Starbugs. Cenowo jest podobnie jak u nas (czyli sużo drożej niż lokalne specjały). Jakościowo - nie wiem. Byłbym głupi, gdybym to w siebie wpychał mając takie alternatywy dookoła. (Choć przyznam, że klaun Donald przed McD mnie oczarował - patrz zdjęcie).



środa, 6 listopada 2013

Fuj, będzie o kiblach!

Jedą z rzeczy, które robią tu różnicę są toalety. Są z pewnością inne niż w naszym kraju (w Europie). Czasem sprawiają, że jednak przechodzi ci potrzeba fizjologiczna, kiedy indziej, gdy potrzeba wygrywa ze strachem (np. z arachnofobią) stajemy się silniejsi, pewniejsi jutra, twardsi, krótko mówiąc odmienieni i już nie tacy sami.

Pierwsza istotna różnica jest taka, iż( jak w wielu ciepłych krajach) tutaj ludzie mają higieniczny zwyczaj się podmywać. Korzyści banalnie proste. Gdy ciurki potu spływają ci po udach, to jest to tylko pot.
Aby zadbać o pełną higienę używamy specjalnego spryskiwacza. Wygląda jak młodszy braciszek węża ogrodowego. I wór kwiatów temu, kto opanuje tę umiejętność. Weź człowieku uchwyć to tak, pstryknij sobie strugą i nie zmocz sobie ubrań... Ja nawet nie próbuję. Asia raz chodziła z mokrymi portkami..., kto wie - może się odważyła. Nie mam śmiałości zapytać. Boję się obrazowych szczegółów ;-)


W wielu miejscach po podmyciu pupska, co by resztki nie spływały do skarpet, należy papierem toaletowym jak ręcznikiem wytrzeć co mokre i broń cię panie boszeee wyrzucać to do muszli! Na ten mokry (aczkolwiek czysty!) papier jest specjalne wiaderko. Hmmmm... Guess what? Ja tam nie spryskuję tyłka strumieniem z węża, więc wbrew zwyczajom wrzucam papierki do kibelka. (Mam nadzieję, że nikt tego nie widzi i że moim "potajemnie wysłanym listem" nie zakrztusi się żadna barakuda.)


("Nie wrzucać pieprzu* do kibelka")
*chyba miało być: papiery (paper). Literówki w języku angielskim są tu na porządku dziennym.

Kolejną rzeczą jest fakt, że w wielu publicznych toaletach muszle sytuowane są na środku toalety. A że daleko od ścian to nie uświadczysz rury dopływowej (a zamiast rury odpływowej wszystko spływa gdzieś pod wylewkę toalety). Jak więc działa spuszczania wody?
Otóż obok stoi zazwyczaj pokaźnych rozmiarów miska pełna wody, a w niej mniejsza miseczka do nabierania wody. Proste, prawda? Czerpiesz wodę i lejesz do kibelka.
Mam tę przyjemność, iż dotychczas musiałem spłukać jedynie śladowe ilości moczu. Jakieś jedyne sześć - siedem napełnień miseczką i po wszystkim. Gregorij, odłamkowym ładuj! Nie pytam Kanciaka jak sobie poradził z wczorajszym wybuchem, o którym rozprawiał pół wieczoru z potem na czole i przejęciem godnym sapera. Ale wiem że wybiegł z toalety jakby go tygrys gonił a jego pierwsze słowa brzmiały:
- Szkoda mi tej kobiety, która po mnie weszła...


Jeśli należysz do rasy nadludzi i wszystkie wcześniej poruszone kwestie to zwykłe pierdoły, zachęcam bliższe bratanie się z okalającą cię przyrodą. Na porządku dziennym są gekony (uroczo czasem odpadają od zawilgoconych ścian; no i te śmieszne dźwięki jakie wydają z siebie!). Ale można też spotkać żaby i inne pomniejsze towarzystwo.


Nad wejściem do kibelka w naszym ulubionym obecnie barze (Reggae Bar) ktoś powiesił fajną tabliczkę (zdjęcie poniżej). Nie żebym bywał w Rosji, ale tabliczka w jakiś sposób podsumowuje magię miejsca wcześniej znanego nam tylko z zadumy i rozważań nad życiem (i rzycią)...


PS. Dzisiaj dziewczyny po 1,5 godzinnym spływie chciały załatwić potrzebę. Weszły do toalety dla turystów... i zaraz wyszły. Stwierdziły, że mają za słabo rozwinięte mięśnie ud i "na Małysza" robić nie będą.

PS2. Jeszcze jedna rada. Warto zaopatrzyć się jeszcze przed wyjazdem w żel antybakteryjny do dłoni. Schodzi w dużych ilościach ;-)

PS3. Ale zrobiłem się głodny przez ten wpis. Idę wsunąć jakąś krewetę w tempurze. Mniam. Ja lubię.

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Where are you from?", czyli bawimy się jak damy...

Już pierwszego wieczora, wbrew sobie i swojemu purytańskiemu usposobieniu postanowiliśmy iść w tany. Zaczęliśmy od stonowanej kolacji (obowiązkowe Pad Thai z krewetkami / kurczakiem). Potem szlajaliśmy się od knajpy do knajpy szukając najciekawszego miejsca. Wszędzie częstowano nas wiaderkiem koktajlowym z zanużonymi w nie czterema słomkami. Jak to mówią, mała rzecz a cieszy. Litrowe wiaderko za niespełna 30 pln.



No ale że wiaderka miały więcej lodu i soku niż alkoholu - a my na trzeźwo dostajemy szału -postanowiliśmy doprawić to co nieco. Asia miała pomysł: trzeba zjeść skropiona. Jak powiedziała, tak zrobiła. Przyjemność za 8 pln.



Po kilku knajpach przyszła kolej na clubbing. Na Koa San znaleźliśmy tylko jeden klub. Na początku było w nim niewiele osób, ale z czasem tłum gęstniał jak na tajskim promie (wiem, słaby żart... ale zawsze żart). Jako że nas nie da się "nielubjeć", zaczęto nas oblegać. Nie boję się stwierdzenia, że zostaliśmy gwiazdami parkietu. Cała reszta parkietu było tylko tłem.
Tak czy siak, mając status gwiazd (zagraniczniaki*) bawiliśmy się jak damy. Można było się ocierać, a wszyscy (faceci też) piszczęli jakby spotkała ich przygoda życia. No i w konsekwencji małe wianuszki dookoła nas, fotki z nami w tle (myśleli, że tego nie widać?) i próby zagadania: Where are you from?
Mimo że impreza halloweenowa się skończyła kilka dni temu do dziś ze sobą korespondujemy i wysyłamy im paczki z ciuchami, słodyczami i proszkiem.

* pamiętacie jak w latach 80-tych przybysze z Niemiec mieli u nas status gwiazd (lepszych)? Tak trochę to wyglądało z nami. A przynajmniej takie mieliśmy wrażenie...




Skoro mowa o zabawie, to należy też coś wspomnieć o męskich toaletach. Pomijając ich wątłe walory estetyczno-higieniczne chciałbym położyć nacisk na relacje interpersonalne jakie w nich zachodzą. My, prości ludzie z Pornokrainy jesteśmy przyzwyczajeni doświadczać w toaletach ciszy i spokoju.
Jakże więc wielkie było moje zdziwienie, gdy na imprezie, po załatwieniu swoich fizjologicznych potrzeb podszedłem do umywalki by umyć ręce i w momencie gdy je myłem, nagle moje barki zaczął masować nieznajomy Taj. Zamarłem ze zdziwienia, a on spokojnie zaczął rozmowę łamanym angielskim. Ja nawet nie zdążyłem odpowiedzieć mu na pytanie skąd jestem, a on jak mnie nie chwyci obiema rękoma za kark i głowę, jak mną nie szarpnie najpierw w lewo (chrup!), potem w prawo (chrup!). Za chwilę naciągnął mnie plecami na swoje plecy (znowu chrup!), na końcu jedna ręka (coś przeskoczyło), druga ręka (to samo). Stałem przed lustrem. Woda w kranie nadal leciała. A tajski chłopak uśmiechnął się tylko i patrzył.
- Mam ci za to zapłacić? - spytałem zmieszany całą tą sytuacją.
- Tak.
- Ale ile? - spytałem.
- Ile chcesz.

Druga ciekawa toaletowa historia wydarzyła się dwa dni pózniej. Podczas obowiązkowego, acz niesamowicie obleśnego ping pong show. (Bynajmniej nie chodzi tu o grę paletkami. Kto chce niech sobie sprawdzi u wujka Googla.)
Wizytując toaletę zauważyłem, że jest ona przechodnim pomieszczeniem dla ping pongownych mistrzyń. Nie zrażony tym faktem (w końcu jestem w Tajlandii, no nie?) postanowiłem zrobić po co przyszedłem i odwrociłem się do pisuaru. A tu nagle: ała! Jakaś babka szczypnęła mnie w pośladek, powiedziała coś czego nie zrozumiałem i śmiejąc się wyszła z toalety. Patrycji do teraz wmawiam, że się podnieciłem, ale tak naprawdę to co najwyżej oblałem sobie nogi.


Będąc przy dobrej zabawie i kontakcie z Tajami polecamy Pana Samochodzika. Jest to pojazd (chyba stary Volkswagen Transporter), ulokowany na Rambuttri (Bangkok), pomalowany sprayem w ciapki i kolory tęczy, a służący za bar z drinkami. Obok niego kilka plastikowych stolików i krzeseł.
Pan Samochodzik ma jeden bardzo duży plus. Jego drinki są prawdziwe. Nie trzeba kosztować całych wiaderek by coś poczuć. Mojito to Mojito, Tai Mai to Tai Mai**, etc.

A jeśli mało tobie klimatu, to tańcz do muzyki klubowej, która intensywnie pulsuje z olbrzymich głośników. Możesz też sączyć drinka oglądając sport na żywo w LCD zamontowanym w tylnej klapie samochodu (wersja na smutno).

** Tai Mai jest chyba najpopularniejszym drinkiem w Tajlandii. Jeśli dobrze pamietam, to jest na bazie białego rumu i grenadiny.




niedziela, 3 listopada 2013

Ranking transportu w Tajlandii

Właśnie mi skasowało dwugodzinny wywód na temat transportu w Tajlandii (oczywiście nie miałem go zapisanego), więc tym razem będę się streszczał.

Miejsce nr 5: samoloty
Lot niestety poniżej naszych oczekiwań. Głownie na trasie Warszawa - Dubaj. Miejsca mało (jak Kanciak to zniósł do dzisiaj nie wiem). Człowiek wierci się niemiłosiernie i trudno się zdrzemnąć. Telewizorki w fotelach słabiutkie. Niby jakiś wybór filmów i muzyki, ale ekran śnieżył i podskakiwał (zakłócenia przez cały czas). Do tego słuchawki ciagle gubiły stereo.
Ale i tak klęskę w naszym rankingu przypieczętował niesamowity chłód (czasem nawet lodowate powiewy). Dość powiedzieć, że prawie cały lot do Dubaju siedzieliśmy w bluzach, przykryci kocami.


Trochę plusów zebrały za to linie NokAir (z Bangkoku do Phuket). Emirates mogłyby się od nich uczyć. (I nie chodzi tylko to jak uroczo pomalowali swoje samoloty ;))


Miesce nr 4: taksówki
Są duszne, często nie można otworzyć okien w trakcie jazdy, a klima ledwo wyrabia. (Raczej mrozi pasażera przy kierowcy niż tych siedzących z tyłu.) Do tego często mają mało miejsca w bagażniku. Nasze cztery plecaki nie zawsze tam się mieszczą, więc jeden lub dwa trzeba taszczyć na kolanach... co przy tej wilgotności nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy.
Ostatni negatyw dostaje się taksówkom za ich niemobilność w starciu z korkami. Zdążyło już nam się wysiąść przed finalną destynacją, bo zaczęliśmy zapuszczać korzenie stojąc w bezruchu.



Miejsce nr 3: promy
Promy może byłyby i wyżej gdyby nie wczorajsza przykra wiadomość o zatonięciu jednego z nich (i to tego samego dnia i w tej samej okolicy, gdzie wczoraj płynęliśmy). Oczywiście są i plusy: morska bryza w twarz, tropiki na górnym pokładzie. Choć ten tropik może być też zdradliwy (spojrzcie na nasze czerwone nogi!).

Minusy to:
- trylion Azjatów (głównie z Chin i Japonii). Wszyscy tak podnieceni, że aż głowa boli. A flesze błyskają non stop - jestem pewnie na czterystu zdjęciach (tym bardziej, że dla większości z nich zdajemy się być pewnego rodzaju atrakcją turystyczną),
- przeludnienie na pokładzie. Tak jak w przypadku promu, który zatonął, ludzi jest znacznie więcej niż konstruktor przykazał (hmmm, czy te statki mają swoich konstruktorów, czy może są kopiowane bez żadnej dokumentacji?),
- chyba najgorsze jest jednak to, że ilość krzeseł i siedzisk jest ograniczona. Zupełnie jakby ktoś robił oczepiny i kazał nam tańczyć dookoła, a gdy tylko skończy się muzyka ludzie rzucą się na te wolne miejsca. I właśnie tak wszyscy się rzucali na plastikowe krzesełka na promie...



Miejsce nr 2: łódki w Bangkoku
Jeśli chcecie zwiedzić urocze (choć nie zawsze piękne) rejony Bangkoku, to polecamy serdecznie łódki (speedboat). Rzeki i kanały pokazują miasto od innej strony. Domy na balach, nierzadko sklecone na prędce. Ludzie zanurzeni po pachy i zbierający owoce uprawiane w 'przydomowym rzecznym ogrodku'. Wszystko pod daszkiem, z miłym chłodem, bryzą. Do tego dodajcie przyśpieszenia (od czasu do czasu, gdy nadaży się trochę więcej miejsca na wodzie). Motory (silniki), które są trzy razy większe od sternika faktycznie dają radę.

Jednym słowem połączenie spokojnego zwiedzania na wodzie z zawierającym dech w piersiach (przecież ja nie mam piersi!?) wyścigami.



Miejsce nr 1: Tuk tuki
Co my byśmy bez nich zrobili?
Szybko, szalenie, zwrotnie, zawrotnie i praktycznie.
No jest jeden mały minusik - przy czterech pasażerach nie bardzo jest co z tym czwartym zrobić. Jest co prawda taka 'jakby ławka' ale po 5 minutach dupsko boli a plecy są zrośnięte z rurkami, o które trzeba się opierać (bo w Tuk Tuku trzeba się opierać, bez tego wylatujesz z orbity przy pierwszym zakręcie).

Z korkami radzi sobie wyśmienicie. Skróty przez małe uliczki też nie są żadnym problemem.

Super przygoda sama w sobie. Taki gokart na pełnych obrotach (nie wyobrażacie sobie jak to małe gówienko potrafi przyspieszyć i wszystkich wyprzedzić!). A niby takie kiczowate, małe i niepozorne. Super. Ja lubię :))




 

piątek, 1 listopada 2013

Budda śpi, czyli jak dziś obchodziliśmy świątynie i Święto Zmarłych

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Dzisiejsze przedpołudnie spedziliśmy w Wat Pho - świątyni, gdzie śpi wielki złoty Budda. Właściwie jest to cały kompleks świątyń. Dla każdego coś ciekawego: chcesz dużego? Ależ proszę. Mniejszy ale za to czarny jak kawa? Nie ma sprawy. A może coś dla fanów przypraw Maggi? Też jest i dla Was.

Kilka ciekawych spostrzeżeń:
- do świątyni wchodzimy bez butów,
- mnichów nie wolno dotykać (straszna kicha, bo człowieka kusi jak diabli),
- w ramach biletu przysługuje butelka zmrożonej wody; uwielbiam Tajów, wiedzą co jest potrzebne nam napływowcom (tzw. farang - sprawdźcie u wujka Google'a co to naprawdę znaczy). Swoją drogą fakt, że Tajowie wchodzą osobnym wejściem za darmo, sugeruje że ta buteleczka wody jest kilka razy droższa niż na mieście,
- za 20 batów można dostać miseczkę pełną drobnych (założę się, że nie ma tam więcej niż 3 baty). A po co? Otóż za plecami Śpiącego Buddy, na parapecie umieszczono misy, do których można je wrzucać na szczeście. I wiecie co? Dziewczyny twierdzą, że będą teraz miały szczęście, bo obie wsypywały monetki... Ja tam twierdzę, że za 20+20 batów mogę tu kupić wedle uznania: 4 pyszne szaszłyczki, pyszny koktajl lub lody kokosowe w kokosie. A to po tym tak naprawdę człowiek jest szczęśliwy. A przynajmniej do następnej wizyty w kibelku. (Taki żarcik, bo nic nas nie bierze choć jemy wręcz 'z ulicy'.)