Właśnie mi skasowało dwugodzinny wywód na temat transportu w Tajlandii (oczywiście nie miałem go zapisanego), więc tym razem będę się streszczał.
Miejsce nr 5: samoloty
Lot niestety poniżej naszych oczekiwań. Głownie na trasie Warszawa - Dubaj. Miejsca mało (jak Kanciak to zniósł do dzisiaj nie wiem). Człowiek wierci się niemiłosiernie i trudno się zdrzemnąć. Telewizorki w fotelach słabiutkie. Niby jakiś wybór filmów i muzyki, ale ekran śnieżył i podskakiwał (zakłócenia przez cały czas). Do tego słuchawki ciagle gubiły stereo.
Ale i tak klęskę w naszym rankingu przypieczętował niesamowity chłód (czasem nawet lodowate powiewy). Dość powiedzieć, że prawie cały lot do Dubaju siedzieliśmy w bluzach, przykryci kocami.
Trochę plusów zebrały za to linie NokAir (z Bangkoku do Phuket). Emirates mogłyby się od nich uczyć. (I nie chodzi tylko to jak uroczo pomalowali swoje samoloty ;))
Miesce nr 4: taksówki
Są duszne, często nie można otworzyć okien w trakcie jazdy, a klima ledwo wyrabia. (Raczej mrozi pasażera przy kierowcy niż tych siedzących z tyłu.) Do tego często mają mało miejsca w bagażniku. Nasze cztery plecaki nie zawsze tam się mieszczą, więc jeden lub dwa trzeba taszczyć na kolanach... co przy tej wilgotności nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy.
Ostatni negatyw dostaje się taksówkom za ich niemobilność w starciu z korkami. Zdążyło już nam się wysiąść przed finalną destynacją, bo zaczęliśmy zapuszczać korzenie stojąc w bezruchu.
Promy może byłyby i wyżej gdyby nie wczorajsza przykra wiadomość o zatonięciu jednego z nich (i to tego samego dnia i w tej samej okolicy, gdzie wczoraj płynęliśmy). Oczywiście są i plusy: morska bryza w twarz, tropiki na górnym pokładzie. Choć ten tropik może być też zdradliwy (spojrzcie na nasze czerwone nogi!).
Minusy to:
- trylion Azjatów (głównie z Chin i Japonii). Wszyscy tak podnieceni, że aż głowa boli. A flesze błyskają non stop - jestem pewnie na czterystu zdjęciach (tym bardziej, że dla większości z nich zdajemy się być pewnego rodzaju atrakcją turystyczną),
- przeludnienie na pokładzie. Tak jak w przypadku promu, który zatonął, ludzi jest znacznie więcej niż konstruktor przykazał (hmmm, czy te statki mają swoich konstruktorów, czy może są kopiowane bez żadnej dokumentacji?),
- chyba najgorsze jest jednak to, że ilość krzeseł i siedzisk jest ograniczona. Zupełnie jakby ktoś robił oczepiny i kazał nam tańczyć dookoła, a gdy tylko skończy się muzyka ludzie rzucą się na te wolne miejsca. I właśnie tak wszyscy się rzucali na plastikowe krzesełka na promie...
Miejsce nr 2: łódki w Bangkoku
Jeśli chcecie zwiedzić urocze (choć nie zawsze piękne) rejony Bangkoku, to polecamy serdecznie łódki (speedboat). Rzeki i kanały pokazują miasto od innej strony. Domy na balach, nierzadko sklecone na prędce. Ludzie zanurzeni po pachy i zbierający owoce uprawiane w 'przydomowym rzecznym ogrodku'. Wszystko pod daszkiem, z miłym chłodem, bryzą. Do tego dodajcie przyśpieszenia (od czasu do czasu, gdy nadaży się trochę więcej miejsca na wodzie). Motory (silniki), które są trzy razy większe od sternika faktycznie dają radę.
Jednym słowem połączenie spokojnego zwiedzania na wodzie z zawierającym dech w piersiach (przecież ja nie mam piersi!?) wyścigami.
Miejsce nr 1: Tuk tuki
Co my byśmy bez nich zrobili?
Szybko, szalenie, zwrotnie, zawrotnie i praktycznie.
No jest jeden mały minusik - przy czterech pasażerach nie bardzo jest co z tym czwartym zrobić. Jest co prawda taka 'jakby ławka' ale po 5 minutach dupsko boli a plecy są zrośnięte z rurkami, o które trzeba się opierać (bo w Tuk Tuku trzeba się opierać, bez tego wylatujesz z orbity przy pierwszym zakręcie).
Z korkami radzi sobie wyśmienicie. Skróty przez małe uliczki też nie są żadnym problemem.
Super przygoda sama w sobie. Taki gokart na pełnych obrotach (nie wyobrażacie sobie jak to małe gówienko potrafi przyspieszyć i wszystkich wyprzedzić!). A niby takie kiczowate, małe i niepozorne. Super. Ja lubię :))










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz