Kilka ciekawych spostrzeżeń:
- do świątyni wchodzimy bez butów,
- mnichów nie wolno dotykać (straszna kicha, bo człowieka kusi jak diabli),
- w ramach biletu przysługuje butelka zmrożonej wody; uwielbiam Tajów, wiedzą co jest potrzebne nam napływowcom (tzw. farang - sprawdźcie u wujka Google'a co to naprawdę znaczy). Swoją drogą fakt, że Tajowie wchodzą osobnym wejściem za darmo, sugeruje że ta buteleczka wody jest kilka razy droższa niż na mieście,
- za 20 batów można dostać miseczkę pełną drobnych (założę się, że nie ma tam więcej niż 3 baty). A po co? Otóż za plecami Śpiącego Buddy, na parapecie umieszczono misy, do których można je wrzucać na szczeście. I wiecie co? Dziewczyny twierdzą, że będą teraz miały szczęście, bo obie wsypywały monetki... Ja tam twierdzę, że za 20+20 batów mogę tu kupić wedle uznania: 4 pyszne szaszłyczki, pyszny koktajl lub lody kokosowe w kokosie. A to po tym tak naprawdę człowiek jest szczęśliwy. A przynajmniej do następnej wizyty w kibelku. (Taki żarcik, bo nic nas nie bierze choć jemy wręcz 'z ulicy'.)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz