poniedziałek, 11 listopada 2013

Nasi! Tu są nasi!

Już pogodziliśmy się z myślą, że wyspa Koh Lanta jest co prawda w posiadaniu Tajów, ale owładnęło ją państwo Szwedzkie. Z muślą, że równie łatwo znaleźć jest Köttbullar jak i Pad Thai. Że szwedzkie dzieci mają tu nawet swoje przechowywalnie (svenska skola, a nawet förskola), co by szwedzcy rodzice mogli zająć się bezstresowo sobą...


...gdy nagle ktoś mija nasz bungalow i kieruje w naszą stronę rodzime "Dzień dobry!". Akcent się zgadza. Uroda też polska. Niemożliwe!
Okazało się, że nasza nowopoznana koleżanka Agnieszka, zakwaterowała się zaraz obok nas.


Agnieszka przyjechała do Koh Lanty głównie dla jogi (obok naszego ośrodka jest małe centrum). Od pierwszego dnia zasugerowała byśmy udali się do Kunda - połączenia wegetariańskiej restauracji z butikiem w stylu 'indian shop'.


Pierwsi na zwiad poszli Kanciaki. Jak pewnie zauważyliście, pełnią niełatwą rolę patrolu, który dokonuje rekonesansu. My wchodzimy już na gotowe. Poszli, wieczorem wrócili i powiedzieli, że... mają umówione tatuaże bambusem na następny dzień.

Nie powiem. Asia już od początku napominała przy kilku okazjach o tatuażu, ale nie sądziłem że faktycznie zdecydują się na to tu, w Tajlandii.

Okazało się, że Kunda prowadzone jest przez dwójkę Polaków (Lena & Arek), którzy po piętnastu latach pobytu w Paryżu postanowili "...sprzedać dobytek i przeprowadzić się do Koh Lanta, by w końcu realizować się artystycznie".


Razem prowadzą butik. Lena wytwarza biżuterię, dba o restaurację wymyśląc coraz to nowsze ciekawe smaki, zaś Arek skupia się na malowaniu oraz tatuowaniu. Ich lokal nacechowany jest niesamowitą atmosferą, detalami łączącymi estetykę z duchowością, co stanowi niesamowity kontrast względem innych miejsc, które widzieliśmy na wyspie.




Na wyspie mieszkają już ponad dwa lata. Ale jak mówią, nie było łatwo tu wystartować. Delikatnie mówiąc Tajlandia nie jest krajem, w którym łatwo robi się interesy. Nie wspominając już o problemach towarzyszącym cudzoziemcom starającym się o stały pobyt.

Gościnność Kundy sprawiła, że Kanciaki zdecydowali się na tatuaże. Tym samym po prawie dziesięciu godzinach nierównej walki Arka z nosorożcową skórą Marcina oraz łopatką Asi tatuaże stały się faktem. Ale Asi nadal sterczy bambus z pleców, a Kanciakowi henna rozmyła się na cały kark, przez co delfinek wygląda raczej jak foczka z tęczowym piardem ;-)






Słowem, Kunda jest świetnym przyczułkiem dla Polaków, którym zdarzy się odwiedzić Koh Lanta. Od Arka i Leny można zarówno dowiedzieć się wielu rzeczy na temat wyspy i Tajów, ale zdobyć nie małą listę podpowiedzi co do podróżowania po tej części Azji.

No i nie zapomnijcie zamówić jedno z ich wegetariańskich dań (w tym nasza polska zapiekanka!). Zdziwicie się jaki wachlarz smaków można wydobyć z posiłku, który nie zawiera nawet krzty mięsa. A, i jeszcze jedno! Zamówcie Polak coffee. Ich własna receptura. Orzeźwiająco zimna, pyszna i stawia momentalnie na nogi.

PS. Sam zastanawiałem się nad tatuażem, ale ponieważ pracuję jeszcze nad masą (rzeźbę będę robił w przyszłym roku) miałem uzasadnione obawy, iż tatuaż mi się rozjedzie i upragniony rekin na moim bicepsie zamieni się jeszcze w wystraszoną nadymkę. A tego chyba nikt nie chce, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz